Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Christian Jacq. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Christian Jacq. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 marca 2013

Sprawiedliwość wezyra


tytuł:                            Sprawiedliwość wezyra
autor:                           Christian Jacq
posiadam skąd:            pożyczona od brata G. K.
posiadam od:               -
przeczytana:                
tytuł oryginału:              „La Justice du Vizir”
data wydania: pierw.:    1994
                     polsk.:    1999, 2000
wydawnictwo:               Libros
tłumaczenie:                Wanda Błońska
liczba stron:                 320
ISBN:                          83-7227-710-9
kategoria:                    historyczna
moja ocena:                 8/10
seria:                           Egipski sędzia t.3/3



OPIS
  Dzięki zaletom zawodowym i moralnym sędzia Pazer zostaje wyniesiony przez faraona do godności wezyra, najwyższego świeckiego urzędnika w państwie Ramzesa II. Jego żona Neferet obejmuje urząd naczelnego lekarza w kraju. Jednak spiskowcy nie składają broni. Za pomocą skradzionego z Wielkiej Piramidy świętego testamentu bogów przystępują do dezorganizacji państwa; wynajmują płatnego mordercę, który ma raz na zawsze usunąć niepokornego sędziego…


FRAGMENTY
·   ~ Papirus Sallier I (British Museum 1018) recto VIII. 7
„Raduj się, raduj, ziemio cała,
Bo powróciła sprawiedliwość!
Przybywajcie, sprawiedliwi, i rozmyślajcie;
Sprawiedliwość zwyciężyła zło,
Występni padli na twarz
Chciwi zostali skazani.”

MOJA OPINIA


ZACZERPNIĘTE Z KSIĄŻKI – Sprawiedliwość wezyra

·   rozdział 1


  Zdrada przynosiła wielkie zyski. Pyzaty, czerwony na twarzy, zniszczony Jarrot wypił trzecią czarkę białego wina, gratulując sobie właściwego wyboru. Kiedy był kancelistą u Pazera, który został wezyrem Ramzesa Wielkiego, pracował za dużo i zarabiał za mało. Odkąd poszedł na służbę do Bel-Trana, największego wroga wezyra, jego życie poprawiło się z dnia na dzień. Płacono mu za każdą informację o przyzwyczajeniach wezyra. Jarrot miał nadzieję, że dzięki poparciu Bel-Trana oraz fałszywemu świadectwu jednego z jego zauszników uzyska rozwód z winy żony i opiekę nad córką, przyszłą tancerką.
  Były sekretarz sądowy wstał przed świtem z okropną migreną, choć nad ekonomiczną stolicą Egiptu, Memfisem, położonym na styku Delty i doliny Nilu, trwała jeszcze noc.
  Z tak cichej zazwyczaj uliczki dobiegły go jakieś szepty.
  Jarrot odstawił czarkę. Odkąd zdradzał Pazera, pił coraz więcej. Nie żeby dręczyły go wyrzuty sumienia, lecz dlatego, że wreszcie stać go było na dobre wina i pierwszorzędne piwa. Nieugaszone pragnienie wciąż paliło mu gardło.
  Pchnął drewnianą okiennicę i wyjrzał na zewnątrz.
  Nikogo.
  Mrucząc pod nosem, pomyślał o wspaniałym dniu, który go czekał. Dzięki Bel-Tranowi opuści to przedmieście i przeniesie się do lepszej dzielnicy, bliżej centrum. Już dziś wieczorem zamieszka w pięciopokojowym domu z ogródkiem, jutro zaś otrzyma posadę i tytuł inspektora finansów w podległym Bel-Tranowi ministerstwie.
  Był tylko jeden kłopot: mimo cennych wskazówek, jakich dostarczał Bel-Tranowi, Pazera jeszcze nie wyeliminowano, zupełnie jakby strzegli go bogowie. Ale szczęście niebawem się odwróci.
  Na dworze ktoś chichotał.
  Zaniepokojony Jarrot przyłożył ucho do drzwi prowadzących na ulicę. I nagle zrozumiał: ta banda chłopców znowu zabawiała się smarowaniem ochrą po fasadach domów!
  Wściekły otworzył szeroko drzwi.
  Przed sobą dojrzał otwarty pysk hieny. Olbrzymiej samicy z pianą na pysku i zaczerwienionymi oczyma. Wydała okrzyk przypominający śmiech z zaświatów i skoczyła mu do gardła.


  Hieny zazwyczaj oczyszczały pustynię, pożerając padlinę, i nie zbliżały się do ludzkich osad. Wbrew swoim zwyczajom kilkanaście dzikich zwierząt zapuściło się na przedmieścia Memfisu i zabiło niejakiego Jargota, byłego kancelistę i pijaka, którego nie znosili sąsiedzi. Drapieżne zwierzęta odpędzili zbrojni w kije mieszkańcy dzielnicy, ale wszyscy interpretowali ten dramat jako złą wróżbę dla przyszłości Ramzesa, którego autorytetu nikt dotąd nie podważał. W porcie, w arsenałach, dokach, koszarach, w dzielnicach  Sykomoru, Muru Krokodyla czy Kolegium Medycznego, na targach i w warsztatach rzemieślniczych wszystkim na usta cisnęły się te same słowa: „Rok hien!”.
  Kraj osłabnie, wylew będzie kiepski, ziemia jałowa, zmarnieją sady, zabraknie owoców, jarzyn, ubrań i maści. Beduini napadną na pola Delty, zachwieje się tron faraona. Rok hien to zerwanie z harmonią, szczerba, przez którą wcisną się siły zła!
  Szeptano, że Ramzes Wielki nie jest już zdolny odeprzeć tego nieszczęścia. Wprawdzie za dziewięć miesięcy odbędzie się święto odrodzenia, które przywróci monarsze siłę, niezbędną, by stawił czoło przeciwnikowi i zwyciężył go, ale czy to święto nie nadejdzie zbyt późno? Pazer, nowy wezyr, jest młody i niedoświadczony. Fakt, iż podjął swą funkcję w roku hien, przyniesie mu klęskę.
  Jeśli króle nie ochrania już swego ludu, i on sam, i lud zginą w żarłocznej paszczy ciemności.


  Był koniec stycznia i lodowaty wiatr hulał po nekropolii Sakkary, nad którą wznosiły się gigantyczne schody do nieba – piramida faraona Dżesera. Trudno byłoby rozpoznać tę  parę ciepło okrytych ludzi, rozmyślający w kaplicy grobowej mędrca Branira. Otuleni w ciepłe tuniki z długimi rękawami, z zeszytych pasów materiału, Pazer i Neferet odczutali w milczeniu hieroglify wyryte w pięknym wapieniu:
  Żywi, którzy jesteście na ziemi i przechodzicie obok tego grobu, wy, co kochacie życie i nienawidzicie śmierci, wymówcie moje imię, aby i ja żył, odmówcie w mojej intencji ofiarną formułę.
  Duchowy mistrz Pazera i Neferet, Branir, został zamordowany. Kto okazał się tak okrutny, że wbił mu w kark igłę z masy perłowej, aby nie objął funkcji wielkiego kapłana Karnaku, a na dodatek oskarżył jeszcze o ten mord jego ucznia, Pazera? Choć śledztwo nie posunęło się naprzód, Pazer i Neferet poprzysięgli sobie, że dotrą do prawdy, nie bacząc na żadne ryzyko.
  Do kaplicy zbliżyła się chuda postać o szerokich, czarnych i zarośniętych brwiach, wąskich ustach, nie kończących się rękach i cienkich nogach. Mumifikator Dżui większość czasu spędzał na preparowaniu zwłok, by je przekształcić w Ozyrysa.
  - Chcesz zobaczyć miejsce swojego grobu? – zapytał Pazera.
  - Już idę.
  Wezyr Pazer, smukły szatyn o wyniosłym czole i zielonkawych oczach z brunatnymi plamkami, otrzymał od Ramzesa Wielkiego misję ocalenia Egiptu przed spiskiem, który zagrażał tronowi. Początkujący prowincjonalny sędzia, przeniesiony do Memfisu, młody Pazer, którego imię znaczyło „ten, co dostrzega w dali”, odmówił poręczenia administracyjnego nieprawidłowości i odsłonił straszliwy dramat, do którego klucz przekazał mu sam władca.
  Spiskowcy zamordowali honorową wartę Sfinksa z Gizy, by korytarzem, który zaczynał się między łopatkami gigantycznego posągu, a prowadził do wnętrza Wielkiej Piramidy, dotrzeć do ośrodka energii duchowej kraju. Włamali się do sarkofagu Cheopsa i skradli testament bogów, który uprawomocniał władzę faraona. Jeśli władca nie okaże go kapłanom, dworowi i ludowi w czasie święta odrodzenia, które wyznaczono na dwudziestego lipca, dzień nowego roku, będzie musiał abdykować i przekazać państwową nawę jakiejś mrocznej istocie.
  Ramzes zaufał Pazerowi, bo młody sędzia okazał się nieugięty i odrzucił wszelki kompromis kosztem kariery, a nawet narażając własne życie. Mianowany wezyrem, najwyższym sędzią, panem królewskiej pieczęci, szefem tajemnic, dyrektorem wszelkich praw faraona, premierem Egiptu, Pazer musiał spróbować wszystkiego, aby ocalić kraj przed ruiną.
  Idąc aleją wzdłuż grobów, Pazer przyglądał się swojej żonie, Neferet, której piękność zachwycała go coraz bardziej. Ciemnobłękitne oczy, jasne włosy, czysty owal delikatnej twarzy… była szczęściem i radością życia. Gdyby nie ona, byłby się załamał pod ciosami losu.
  Neferet, która po długich walkach została naczelny lekarzem królestwa, lubiła leczyć. Od mędrca Branira, lekarza i radiestety, przejęła zdolność rozpoznawania natury chorób i umiejętność usuwania ich przyczyn. Na szyi nosiła ofiarowany jej przez mistrza turkus, który oddalał nieszczęścia.
  Ani Paze, ani Neferet nie pragnęli tak wysokich funkcji. Ich najgorętszym pragnieniem było zamieszkać w jakiejś wiosce w okolicach Teb i żyć tam szczęśliwie pod słońcem Górnego Egiptu. Bogowie zdecydowali jednak inaczej. Jako jedyni dopuszczeni do tajemnicy faraona, będą dzielnie walczyć, choć władza, jaką dysponują, jest raczej iluzoryczna.
  - Tu tutaj – rzekł mumifikator, wskazując puste miejsce obok grobu jakiegoś dawnego wezyra. – Jutro kamieniarze rozpoczną pracę.
  Pazer skinął głową. Pierwszym obowiązkiem osoby na jego stanowisku było przygotowanie dla siebie wiecznego domu, w którym będzie przebywać wraz z małżonką.
  Mumifikator oddalił się powolnym i zmęczonym krokiem.
  - Może nigdy nie spoczniemy na tym cmentarzu – powiedział ponuro Pazer. – Wrogowie Ramzesa jasno zadeklarowali chęć porzucenia tradycyjnych rytuałów. Oni chcą zniszczyć świat, nie człowieka.
  Stadło skierowało się ku wielkiemu dziedzińcowi przed piramidą schodkową. To tu podczas święta odrodzenia Ramzes powinien ukazać testament bogów, którego już nie miał.
  Pazer był przekonany, że zabójstwo jego mistrza wiąże się ze spiskiem. Identyfikacja mordercy naprowadziłaby go na ślad złodziei i może pozwoliłaby rozsunąć wnyki pułapki. Pozbawiony pomocy swego przyjaciela i duchowego brata, Sutiego, którego skazano na rok fortecy za małżeńską niewierność, wciąż rozmyślał o sposobie jego uwolnienia. Ale będąc sam panem sprawiedliwości, pod groźbą odwołania z funkcji nie mógł faworyzować kogoś bliskiego.
  Wielki dziedziniec Sakkary narzucał niezrównaną wielkość czasów piramid. Tutaj wcieliła się duchowa przygoda faraonów, tu północ połączyła się z południem, tworząc świetliste i potężne królestwo, którego dziedzicem był Ramzes. Pazer objął czule Neferet. W olśnieniu podziwiali surową budowlę, widoczną ze wszystkich miejsc nekropoli.
  Za plecami usłyszeli odgłos kroków.
  Odwrócili się. Zbliżał ku nim silnie zbudowany mężczyzna średniego wzrostu o okrągłej twarzy. Miał czarne włosy i pulchne kończyny, szedł szybko i wydawał się zdenerwowany. Pazer i Neferet spojrzeli po sobie, nie dowierzając własnym oczom.
  To był on, Bel-Tran, ich zagorzały wróg i dusza spisku.
  Bel-Tran, naczelnik Podwójnego Białego Domu, minister ekonomii, obdarzony niezwykłą zdolnością do kalkulacji, niestrudzony pracownik, wystartował z samego dołu społecznej drabiny. Fabrykant papirusu, a potem główny skarbnik spichrzów udawał, że wspomaga Pazera, by kontrolować jego poczynania. Gdy wbrew wszelkim staraniom ten został wezyrem, Bel-Tran odrzucił maskę szczerego przyjaciela. Pazer pamiętał jego skrzywioną grymasem twarz i pogróżki: „Bogowie, świątynie, odwieczne mieszkania, rytuały. To wszystko jest śmieszne i przestarzałe. Nie masz cienia świadomości nowego świata, w który wkraczamy. Twój świat jest przeżarty, przegryzłem wszystkie jego podpory!”.
  Pazer uznał, że nie należy aresztować Bel-Trana. Najpierw musi zniszczyć utkaną przez niego pajęczynę, rozerwać sieć zależności i odnaleźć testament bogów. Bel-Tran chwalił się przecież, że zaraził gangreną cały kraj.
  - Nie zrozumieliśmy się – powiedział teraz słodkawym tonem. – Żałuję tych gwałtownych słów. Wybacz mi porywczość, Pazerze. Bardzo cię szanuję i podziwiam. Przemyślawszy rzecz, jestem przekonany, że porozumiemy się w zasadniczych sprawach. Egipt potrzebuje dobrego wezyra, a ty nim jesteś.
  - Co kryją te pochlebstwa?
  - Po co się szarpać, skoro porozumienie pozwoli uniknąć wielu nieprzyjemności? Sam dobrze wiesz, że Ramzes i jego rządy są skazane na zagładę. Ty i ja możemy jednak podążać za postępem.
  Nad wielkim dziedzińcem Sakkary wędrowny sokół kreślił koła po lazurowym niebie.
  - Twój żal to tylko hipokryzja – wtrąciła Neferet. – Nie licz na żadne porozumienie.
  W oczach Bel-Trana zabłysła złość.
  - To twoja ostatnia szansa, Pazerze. Albo się podporządkujesz, albo cię wyeliminuję.
  - Opuść natychmiast to miejsce. Jego światłość nie może ci służyć.
  Rozwścieczony minister ekonomii obrócił się na pięcie.
  Pazer i Neferet, ująwszy się na ręce, obserwowali sokoła, który odleciał na południe.

Prawo pustyni - Christian Jacq


tytuł:                            Prawo pustyni
autor:                           Christian Jacq
posiadam skąd:            pożyczona od brata G. K.
posiadam od:               -
przeczytana:                
tytuł oryginału:              „La Loi du Desert”
data wydania: pierw.:    1993
                     polsk.:    1998,2000
wydawnictwo:               Libros
tłumaczenie:                Wanda Błońska
liczba stron:                 352
ISBN:                          83-7227-708-7
kategoria:                    historyczna
moja ocena:                 7/10
seria:                           Egipski sędzia t.2/3



OPIS
  „Egipski sędzia”, trylogia historyczna napisana w konwencji powieści kryminalnej, rozgrywa się w realiach starożytnego Egiptu. Młody sędzia Pazer, prowadząc śledztwo w sprawie morderstwa strażników, włamania i kradzieży bezcennych skarbów z Wielkiej Piramidy, odkrywa spisek uknuty przeciwko faraonowi Ramzesowi II. Bardzo niebezpieczni i wszechwładni przeciwnicy w odwecie doprowadzają do osadzenia Pazera w położonym na pustyni więzieniu dla recydywistów. Zżera go niepewność jutra oraz tęsknota za żoną, piękną Neferet. Tymczasem naczelny lekarz kraju, Nebamon, obiecuje Neferet ocalenie męża, stawia jednak warunek nie do przyjęcia. Neferet nie wie, że wierny przyjaciel Pazera, zawodowy żołnierz Suti, wyrusza mu na ratunek…


FRAGMENTY
·   ~ Nauczanie mędrca Ptahhotepa, wyjątki z maksymy 5 i 38
„Wielka jest Reguła, trwała jej skuteczność;
nie została zmieniona od czasów Ozyrysa.
Nieprawość zdolna jest zawładnąć ilością,
ale nigdy zło nie doprowadzi swoich zamiarów
do szczęśliwego portu.
Nie oddawaj się machinacjom przeciwko
rodzajowi ludzkiemu, gdyż Bóg karze podobne
działania.
Jeśli wysłuchałeś maksym, które właśnie
wygłosiłem, każdy z twoich zmysłów będzie
krokiem na przód.”

MOJA OPINIA


ZACZERPNIĘTE Z KSIĄŻKI

·         rozdział I

  Upał był tak przytłaczający, że tylko czarny skorpion zapuścił się na plac więzienny. Więzienie to, zagubione pomiędzy doliną Nilu a Wielką Oazą El-Charga, ponad dwieście kilometrów na zachód od świętego miasta Karnaku, przyjmowało recydywistów. Odbywających ciężkie kary przymusowych robót. Gdy pozwalała na to temperatura, utrzymywali szlak łączący dolinę z oazami, po którym kursowały karawany obładowanych towarami osłów.
  Po raz dziesiąty chyba sędzia Pazer zwrócił się do szefa obozu, olbrzyma zdolnego pokonać niezdyscyplinowanych buntowników.
  - Nie mogę znieść moich uprzywilejowanych warunków. Chcę pracować jak inni.
  Dość wysoki, szczupły, o kasztanowych włosach, wysokim czole i zielonych oczach z brązowymi plamkami, Pazer, którego młodość ulotniła się pod ciężarem doświadczeń, zachował narzucającą szacunek szlachetną postawę.
  - Nie jesteś taki jak oni.
  - Jestem więźniem.
  - Nie zostałeś skazany, tylko ukryty. Dla mnie nie istniejesz. W rejestrze nie ma twojego nazwiska ani numeru identyfikacyjnego.
  - To mi nie przeszkadza rąbać skał.
  - Wracaj na swoje miejsce.
  Dowódca obozu był nieufny wobec tego sędziego. Czyż nie zdumiał on Egiptu, organizując proces sławnego generała Aszera, którego najlepszy przyjaciel Pazera, sierżant Suti, oskarżył o torturowanie podwładnych i mord na egipskim zwiadowcy, a także o współpracę z odwiecznymi wrogami Egiptu – Beduinami i Libijczykami?
  Ciała nieszczęśnika nie odnaleziono we wskazanym przez Sutiego miejscu. Dlatego też ława przysięgłych, nie mogąc skazać generała, zadowoliła się żądaniem dodatkowego śledztwa. Dochodzenie szybko upadło, bo Pazer wpadł w pułapkę i sam został oskarżony o zamordowanie swego duchowego ojca, mędrca Branira, przyszłego wielkiego kapłana Karnaku. Uznany za schwytanego na gorącym uczynku, został zatrzymany i bezprawnie deportowany.
  Sędzia usiadł na gorącym piasku  w pozycji skryby. Bezustannie rozmyślał o swojej żonie, Neferet. Długi czas sądził, że Neferet nigdy go nie pokocha, ale szczęście nadeszło, gwałtowne niczym letnie słońce. Szczęście brutalnie zdruzgotane, rajski ogród, z którego wygnano go bez nadziei na powrót.
  Zerwał się ciepły wiatr, wznosząc w powietrze ziarna piasku, które chłostały skórę. Pazer, z głową okrytą białą tkaniną, nie zwracał na to uwagi – wciąż na nowo przeżywał kolejne epizody swego śledztwa.
  Błędem młodego prawnika z prowincji, zagubionego w wielkim mieście Memfis, okazała się zbytnia dokładność w studiowaniu dziwacznych akt. Odkrył zabójstwo pięciu weteranów, stanowiących honorową straż wielkiego Sfinksa w Gizie, zwykłą masakrę upozorowaną na nieszczęśliwy wypadek, kradzież znacznej ilości niebiańskiego żelaza rezerwowanego dla świątyń, wreszcie spisek, w który wplątane były wysokie osobowości.
  Nie zdołał jednak dowieść winy generała Aszera i jego zamiarów obalenia Ramzesa Wielkiego.
  W chwili gdy uzyskał wszelkie pełnomocnictwa, aby powiązać ze sobą sprzeczne elementy, zdarzyło się nieszczęście.
  Pazer rozważał każdą chwilę tej okropnej nocy: anonimową wiadomość, że jego mistrz, Branir, jest w niebezpieczeństwie; szalony bieg przez ulice miasta; odkrycie zwłok mędrca z wbitą w szyję igłą z macicy perłowej; pojawienie się szefa policji, który bez wahania uznał go za mordercę; haniebne współdziałanie dziekana przedsionka, najwyższego prawnika miasta; ukrycie jego, Pazera; uwięzienie. A na końcu tej drogi samotna śmierć, z poczuciem, że prawda nie została ujawniona…
  Całą machinację przygotowano mistrzowsko. Dysponując poparciem Branira, sędzia mógłby prowadzić dochodzenie w świątyniach i zidentyfikować złodzieja niebiańskiego żelaza. Ale mistrza, podobnie ja weteranów, wyeliminowali tajemniczy agresorzy, których cele pozostały nieznane. Dowiedział się, że była wśród nich jakaś kobieta i obcego pochodzenia mężczyźni. Domysły kierowały się także ku chemikowi imieniem Seszi, dentyście Kadaszowi i małżonce przedsiębiorcy przewozowego Denesa, bogatego, wpływowego i nieuczciwego człowieka, lecz nie uzyskał żadnej pewności.
  Teraz opierał się upałowi, który niósł wiatr i piasek, i okropnemu jedzeniu, bo pragnął przeżyć, wziąć w ramiona Neferet i doczekać zwycięstwa sprawiedliwości.
  Co też wymyśli dziekan przedsionka, hierarchiczny przełożony, by wyjaśnić jego zniknięcie? Jakie oszczerstwa rozpowszechnia na jego temat?
  Ucieczka stąd była utopią, choć obóz otwierał się na sąsiednie wzgórza. Piechotą daleko nie zajdzie. Uwięziono go tutaj, aby sczezł. Kiedy już go wyniszczą, gdy straci wszelką nadzieję, zacznie bredzić jak biedny szaleniec, który wciąż na nowo roztrząsa te same głupstwa.
  Ani Neferet, ani Suti nie opuszczą go. Odrzucą kłamstwa i pomówienia, szukać go będą w całym Egipcie. Musi wytrzymać, musi sprawić, aby czas płynął w jego żyłach.


  Pięciu spiskowców, jak zwykle, zebrało się w opuszczonej farmie. Atmosfera była radosna, bo plany rozwijały się zgodnie z ich przewidywaniami.
  Każdy dzień zbliżał ich do celu. Po sprofanowaniu Wielkiej Piramidy Cheopsa i zawłaszczeniu głównych insygniów władzy – złotego łokcia i testamentu bogów, bez których władza Ramzesa Wielkiego traciła wszelką prawowitość – każdy dzień zbliżał ich do celu.
  Zarówno morderstwo dokonane na pilnujących Sfinksa weteranach, które pozwoliło im przedostać się podziemnym korytarzem do piramidy, jak i wyeliminowanie sędziego Pazera stanowiły już nieistotne incydenty, o których niemal zapomniano.
  - Najważniejsze pozostaje do zrobienia – oświadczył jeden ze spiskowców. – Ramzes trzyma się mocno.
  - Nie bądźmy zbyt cierpliwi.
  - Mów za siebie!
  - Mówię w imieniu wszystkich. Potrzebujemy jeszcze sporo czasu, aby zbudować fundamenty naszego przyszłego imperium. Im bardziej Ramzes będzie związany, niezdolny do działań, świadomy, że zdąża ku klęsce, tym nasze zwycięstwo będzie większe. On nie może nikomu powiedzieć, że obrabowano Wielką Piramidę i że ośrodek duchowej energii, za którą on jeden odpowiada, już nie funkcjonuje.
  - Jego siły niebawem się wyczerpią. Będzie musiał wznowić rytuał regeneracji.
  - A któż mu to narzuci?
  - Tradycja, kapłani i on sam! Nie może uchylić się od tego obowiązku.
  - A pod koniec tych uroczystości musi ukazać ludowi testament bogów!
  - Ten testament, który jest w naszych rękach.
  - I wtedy Ramzes zrzeknie się tronu i ofiaruje go swemu zastępcy.
  - Którego my wskażemy.
  Spiskowcy już rozkoszowali się zwycięstwem. Nie pozostawią wyboru następcy Ramzesowi Wielkiemu, sprowadzonemu do roli niewolnika. Każdy z członków spisku odbierze nagrodę stosowną do ich zasług, a wszyscy zajmą jutro uprzywilejowane pozycje. Największy kraj świata będzie należał do nich. Zmienią jego struktury i mechanizmy, wymodelują zgodnie z własną wizją, radykalnie różną od wyobrażeń Ramzesa, więźnia przeżytych wartości.
  Gdy owoc ten będzie dojrzewał, rozwiną sieć swoich znajomości, zdobędą sympatyków i sprzymierzeńców. Zbrodnie, przekupstwo, przemoc… Spiskowcy nie żałowali niczego. To była cena zdobycia władzy.

Zamordowana piramida - Christian Jacq


tytuł:                            Zamordowana piramida
autor:                           Christian Jacq
posiadam skąd:            pożyczona od brata G. K.
posiadam od:                -
przeczytana:                
tytuł oryginału:             „La Pyramide Assassinee
data wydania: pierw.:   1993
                     polsk.:   1998/2000
wydawnictwo:              Libros
tłumaczenie:                Zygmunt Burakowski
liczba stron:                 352
ISBN:                          83-7227-513-0
kategoria:                    historyczna
moja ocena:                 7/10
seria:                           Egipski sędzia t.1/3



OPIS

  Bohaterem „Zamordowanej piramidy”, jest młody sędzia Pazer, człowiek o niezachwialnych zasadach moralnych. W jego jurysdykcji znajduje się także Sfinks w Gizie. Pazer rozpoczyna śledztwo w sprawie włamania do Wielkiej Piramidy, zabójstwa strażników i kradzieży bezcennych świętości z komory grobowej. Pomaga mu jego przyjaciel Suti, zawodowy żołnierz. Gdy giną kolejne osoby zamieszane w sprawę, sędzia dochodzi do wniosku, że za wydarzeniami kryje się polityczny spisek przeciwko władcy, faraonowi Ramzesowi II. Tymczasem spiskowcy doprowadzają do oskarżenia Pazera o morderstwo, a następnie jego zaginięcia…

FRAGMENTY

·   ~ Nauki mędrca Ipuwera
  „Spójrzcie, jak spełniły się przepowiednie przodków; wszędzie dotarła zbrodnia, przemoc owładnęła serca, nieszczęście idzie przez kraj, leje się krew, bogaci się złodziej, zagasł uśmiech, sekrety wyszły na światło dzienne, drzewa wykarczowano z korzeniami, wdarto się do piramidy, świat upadł tak nisko, że garstka obłąkańców opanowała królestwo, a sędziów przepędzano.
  Pamiętaj jednak o poszanowaniu Reguły, o uczciwym życiu dzień po dniu, o szczęśliwych czasach, kiedy to ludzie wznosili piramidy i z pieczołowitością uprawiali dla bogów ogrody warzywne, o tych błogosławionych czasach, kiedy każdemu do szczęścia wystarczyła zwykła mata.”
·   „… miłość to taki potok, który znosi wszelkie tamy i zalewa istotę ludzką bez reszty.”

MOJA OPINIA


ZACZERPNIĘTE Z KSIĄŻKI – Zamordowana piramida

      ·         prolog

  Bezksiężycowa noc spowijała Wielką Piramidę płaszczem ciemności. Lis pustynny przemykał się ukradkiem przez cmentarz wielmożów, którzy w zaświatach nadal składali hołdy faraonowi. Na świętych murach potężnej budowli, gdzie wchodził – i tylko raz w roku – jedynie Ramzes Wielki, by złożyć hołd Cheopsowi, swemu wielkiemu poprzednikowi, czuwały straże. Chodziły słuchy, że mumia ojca najwyższej piramidy była zamknięta w złotym sarkofagu, pokrytym w dodatku niewyobrażalnymi wprost kosztownościami. Któż jednak ośmieliłby się porwać na tak dobrze strzeżony skarbiec? Tylko panujący aktualnie władca miał prawo przekroczyć kamienny próg i tylko on nie pobłądziłby w labiryncie zakamarków ogromnego gmachu. Pełniący wartę doborowi żołnierze bez ostrzeżenia szyli z łuków – każdy śmiałek, każdy ciekawski padłby pod gradem strzał.
  Panowanie Ramzesa było pomyślane. Egipt, bogaty i spokojny, roztaczał blask na cały świat. Faraon jawił się jako wysłannik światła, dworzanie służyli mi z szacunkiem, lud wielbił jego imię.
  Pięciu spiskowców wyszło z chaty robotników, gdzie ukrywali się w ciągu dnia. Plan omówili już setki razy, żeby niczego nie pozostawić przypadkowi. Jeśli się im powiedzie, to wcześniej czy później zostaną panami kraju i wycisną na nim swoje piętno.
  Ubrani w tuniki ze zgrzebnego lnu, przeszli doliną Gizy, co rusz zerkając gorączkowo na Wielką Piramidę.
  Atakowanie jej strażników byłoby szaleństwem – już wcześniej byli tacy, co marzyli o zawładnięciu skarbem, ale nikomu się to nie udało.
  Przed miesiącem oskrobano wielkiego Sfinksa ze skorupy piasku nawianego przez niezliczone burze. Wznoszący oczy ku niebu olbrzym był dość słabo strzeżony. Jego nazwa: „żyjący Posąg” i groza, jaką przejmował, skutecznie odstraszały profanów. Sfinks, faraon w ciele lwa, wykuty przed wiekami w wapiennej skale, rozkazywał słońcu wschodzić i znał tajemnice wszechświata. Honorową straż pełniło przy nim pięciu weteranów. Dwaj siedzieli oparci plecami o zewnętrzną ścianę otaczającą posąg muru i spali jak zabici. Ci nic nie zobaczą i niczego nie usłyszą.
  Najszczuplejszy ze spiskowców wspiął się na mur. Szybko i bezgłośnie udusił żołnierza śpiącego przy prawym boku kamiennego olbrzyma, potem uporał się z jego kolegą, pełniącym straż koło lewego barku.
  Podeszli pozostali spiskowcy. Pozbycie się trzeciego weterana mogło nie pójść tak łatwo. Był to dowódca straży, stał między przednimi łapami Sfinksa obok steli Totmesa IV wzniesionej dla upamiętnienia faktu, że ten faraon Sfinksowi właśnie zawdzięczał panowanie. Uzbrojony w dzidę i sztylet weteran mógł się bronić.
  Jedna osoba spośród spiskowców zdjęła tunikę.
  Naga, zbliżyła się do strażnika.
  Ten z osłupieniem wlepił oczy w zjawę. Kobieta. Czyżby była jednym z demonów nocy, co to krążą wokół piramid, żeby wykradać dusze? Podchodziła z uśmiechem. Oszołomiony weteran wstał i zamachnął się dzidą; zjawa stanęła.
  - Idź precz, duchu, zgiń, przepadnij!
  - Przecież nie zrobię ci nic złego. Pozwól tylko, niech cię trochę popieszczę.
  Dowódca straży nie spuszczał wzroku  z bielejącego w ciemnościach nagiego ciała. Jak zahipnotyzowany postąpił krok do przodu.
  Gdy sznur owinął mu się wokół szyi, wypuścił z rąk dzidę, osunął się na kolana i daremnie próbując krzyczeć, runął na ziemię.
  - Droga wolna.
  - Potrzebuję lampy.
  Stojący obok steli spiskowcy po raz ostatni powtórzyli sobie plan akcji i choć strach ich paraliżował, przystąpili do dalszych działań. Odsunęli stelę, starannie obejrzeli zapieczętowaną krużę oznaczającą miejsce zejścia do piekieł, wrota do wnętrza ziemi.
  - To wcale nie była legenda!
  - Zobaczymy, czy jest jakieś dojście.
  Pod krużą leżała płyta z pierścieniem. Czterej mężczyźni ledwie ją dźwignęli.
  Wąski i niski korytarz ostro opadał w głąb ziemi.
  - Szybko, lampy!
  Napełnili dolerytowe miseczki tłustym i łatwo palnym olejem skalnym. Faraon zabraniał stosowania tego płynu i handlowania nim, gdyż powstający przy spalaniu czarny dym był przyczyną chorób wśród robotników pracujących przy zdobieniu świątyń i grobowców, poza tym brudził sklepienia i ściany. Mędrcy głosili, że ten płyn, zwany przez barbarzyńców naftą, jest substancją szkodliwą i niebezpieczną, pełną miazmatów złośliwą wydzieliną skalną. Spiskowcy nie zważali na to.
  Zgięci we dwoje, co chwila uderzając głowami o wapienny strop, przeciskali się ciasnym korytarzem ku podziemnej części Wielkiej Piramidy. Milczeli. Wszyscy pamiętali z złowróżbnych podaniach, według których duch przetrąci kark każdemu, kto ośmieli się naruszyć grobowiec Cheopsa. I skąd wiadomo, czy ten podziemny korytarz nie oddala ich od celu? Istniały przecież fałszywe plany, rozpowszechniany z myślą o zgubie ewentualnych złodziei. Czy ten, który mają w rękach, jest dobry?
  Natknęli się na kamienną ścianę i zaatakowali ją dłutem – na szczęście niebyt ciężkie bloki obracały się wokół własnej osi. Wśliznęli się do wnętrza rozległej komory, wysokiej na trzy i pół metra, długiej na czternaście i szerokiej na osiem. Zamiast posadzki była tu ubita ziemia, a w górze widać było wejście do szybu.
  - Dolna komora… Jesteśmy w Wielkiej Piramidzie!
  Zapomniany od wielu pokoleń korytarz prowadził do Sfinksa prosto w głąb gigantycznej budowli Cheopsa, do pierwszej komory, położonej trzydzieści metrów poniżej powierzchni ziemi. Tu, w tej niby macicy, łonie Matki-Ziemi odprawiano niegdyś pierwsze obrzędy odrodzenia.
  Teraz należało pokonać szyb, który wiódł do wnętrza kamiennej masy i wychodził na korytarz położony za trzema granitowymi płytami.
  Najdrobniejszy z piątki zaczął się wspinać. Rozpierając się nogami, rękoma czepiał się nierówności skalnych, a gdy wreszcie dotarł do wylotu, zrzucił sznur, którym był owinięty. Jeden ze spiskowców prawie zemdlał z niedostatku powietrza. Towarzysze wciągnęli go do Wielkiej Galerii i tam doszedł do siebie.
  Majestat tego miejsca olśnił ich. Jakiż to budowniczy okazał się tak szalony, że zbudował pochylnię ciągnącą się przez siedem warstw kamienia? Wielka Galeria, długa na czterdzieści siedem metrów, a wysoka na osiem i pół, dzieło unikalne ze względu na rozmiary, i na położenie we wnętrzu piramidy, stanowiła wyzwanie dla wieków. Budowniczowie Ramzesa twierdzili, że równie wspaniałego dzieła nie zbuduje już żaden architekt.
  Jeden ze spiskowców zląkł się i chciał zawracać. Przywódca wyprawy potężnymi szturchańcami w plecy zmusił go do dalszego marszu. Cofnąć się tak blisko celu byłoby głupotą, teraz mogli już sobie winszować, że ich plan okazał się dobry. Istniała jedna tylko niepewność – kamienne płyty między szczytową ścianą Wielkiej Galerii a wejściem do przedsionka wiodącego do komory króla mogły być opuszczone. Tej przeszkody nie zdołaliby już pokonać i musieliby zawracać z niczym.
  - Przejście wolne.
  Rowki, w które wsuwano olbrzymie płyty, były puste. Nisko pochylając się, weszli całą piątką do komory króla. Jej strop zbudowany był z dziewięciu granitowych płyt ważących łącznie ponad czterysta ton. W tej wysokiej na blisko sześć metrów sali mieściło się serce monarchii – sarkofag faraona. Spoczywał na posadzce ze srebra, co zapewniało temu miejscu czystość.
  Zawahali się.
  Dotychczas postępowali jak odkrywcy poszukujący nieznanego kraju. Oczywiście, popełnili trzy przestępstwa, za które będą musieli odpowiedzieć przed trybunałem zaświatów. Czyż jednak planując obalenie tyrana, nie działali dla dobra kraju i ludu? Jeśli otworzą sarkofag i zrabują kosztowności, naruszą wieczność nie ludzkiej mumii, ale samego boga w jego świetlistym ciele. Przetną ostatnią więź z tysiącletnią tradycją, aby wyłonił się z tego świata, na który Ramzes nigdy przecież nie wyrazi zgody.
  Ogarnęła ich chęć ucieczki, choć doświadczali uczucia błogości. Powietrze dochodziło to przez dwa szyby wentylacyjne wycięte po północnej i południowej stronie piramidy. Z posadzki emanowała energia i napełniała ich jakąś tajemniczą siłą.
  Faraon wchłaniał w siebie tę moc zrodzoną z kamienia i z kształtu budowli i w ten właśnie sposób się odradzał.
  - Czas nagli!.
  - Chodźmy już.
  - Nie ma co gadać.
  Dwóch podeszło do sarkofagu, potem trzeci, wreszcie ostatni dwaj. Wspólnie unieśli wieko  i złożyli je na posadzce.
  Pokryta złotem, srebrem i lapis-lazuli świetlista mumia wyglądała tak dostojnie, że rabusie nie mogli wytrzymać jej spojrzenia. Przywódca gwałtownym ruchem zdarł z mumii złotą maskę, podwładni zerwali naszyjnik i położonego na miejscy serca skarabeusza; zabrali amulety z lapis-lazuli, ciesielską siekierą z niebiańskiego żelaza i stolarskie dłuto, którym na tamtym świecie otwierano zmarłemu usta i oczy. Wspaniałości te wydawały im się prawie niczym w porównaniu ze złotym łokciem symbolizującym odwieczne prawo, którego faraon był jedynym gwarantem, zwłaszcza zaś w zestawieniu z niewielkim puzderkiem w kształcie jaskółczego ogona.
  Zawierał on testament bogów.
  Na mocy tego tekstu faraon obejmował Egipt w dziedziczne władanie i był zobowiązany dbać o szczęśliwość i pomyślność kraju. Obchodząc swój jubileusz, będzie musiał okazać dokument dworzanom i ludowi na dowód legalności swej władzy. Jeśli tego nie dopełni, wcześniej czy później zmuszony zostanie do abdykacji.
  Wkrótce na kraj zwalą się nieszczęścia i klęski. Naruszając świętość piramidy, spiskowcy rozregulowali główne centrum energii i zakłócili emisję Ka – niematerialnej siły, ożywiającej wszelką formę życia.
  Zrabowali skrzynkę ze sztabkami niebiańskiego żelaza – metalu rzadkiego i cennego jak złoto. Posłuży im do zwieńczenia ich machinacji.
  Stopniowo nieprawość rozejdzie się na wszystkie prowincje, a fala szemrania przeciwko faraonowi wzbierze jak niszczycielska podróż.
  Teraz spiskowcom pozostawało już tylko  wyjść z Wielkiej Piramidy, ukryć zdobycz i zarzucać sieci.
  Zanim się rozeszli, złożyli przysięgę, że ktokolwiek tanie im na Dorze, zostanie usunięty. Zdobycie władzy ma swoją cenę.