poniedziałek, 16 lutego 2015

Bractwo Pierścienia


tytuł:                           Bractwo Pierścienia
autor:                          John Ronald Reuel Tolkien
przeczytana:               15 lutego 2015
tytuł oryginału:            "The Lord of The Rings. The Fellowship of the Ring"
data wydania: pierw.:  1954
                      polsk.:  2002
wydawnictwo:            Libros
tłumaczenie:               Jerzy Łoziński
liczba stron:               600
ISBN:                        83-7311-253-7
kategoria:                   fantastyka
moja ocena:               10/10
seria:                         Śródziemie
                                 Władca Pierścieni tom 1/3


  "Kiedy Bilbo Baggins z Bag End oznajmił, że wkrótce wyda wspaniałą ucztę dla uświetnienia swoich sto jedenastych urodzin, w Hobbitowie zapanowały wielki gwar i podniecenie.
  Bilbo, osoba bardzo bogata i wybitna, cieszył się w Shire niesłabnącą sławą od sześćdziesięciu lat, kiedy to znienacka zniknął, a potem równie nieoczekiwanie się pojawił. Bogactwa, jakie przywiózł, obrosły legendą i panowała powszechna opinia, że bez względu na to, co mówiłby sam Bilbo, wzgórze w Bag End podziurawione jest tunelami pełnymi skarbów. Jakby tego było mało, sławę wspierała także niezwykła żywotność Bilba. Czas mijał, ale wydawało się, że ma niewielki wpływ na imć Bagginsa. W wieku lat dziewięćdziesięciu wyglądał tak samo jak Bilbo pięćdziesięciolatek. Gdy osiągnął dziewięćdziesiąt dziewięć lat, zaczęto o nim mówić, że dobrze się trzyma, chociaż bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że się w ogóle nie zmienia. Niektórzy kręcili głowami i myśleli, że to zbyt wiele jak na jednego hobbita; wydawało się niesprawiedliwe, by ktoś cieszył się nieprzemijającą młodością i w dodatku korzystał z nieprzebranych skarbów.
  - Kiedyś za to wszystko zapłaci - powiadali sceptycy. - To niezgodne z naturą i będą z tego kłopoty!"


OPIS
  Władca Pierścieni to najsłynniejsza powieść J.R.R. Tolkiena, okrzykniętego przez czytelników "Timesa" pisarzem XX wieku.

  Pierwsza powieść Tolkiena zrodziła się z opowieści, jakie pisarz wymyślał dla swoich małych synków. Tak powstał Hobbit, czyli tam i z powrotem. Powodzenie książki i sympatia, jaką wzbudzili stworzeni przez wyobraźnię pisarza hobbici, skłoniły go do napisania kontynuacji, tym razem przeznaczonej dla dorosłego czytelnika. Władca Pierścieni to zaliczana do szczytowych osiągnięć fantastyki baśniowej wielka epopeja o walce dobra ze złem, osadzona w realiach szczegółowo opisanego fikcyjnego świata. Zamieszkujące go ludy mają własne języki, miary czasu, legendy i mity. Książka wzbudziła entuzjazm czytelników. Od połowy lat 60. na całym świecie zaczęły powstawać kluby miłośników twórczości Tolkiena, wydające własne pisma i organizujące tolkienowskie zjazdy.

MOJA OPINIA
  John Ronald Reuel Tolkien, to postać ponadczasowa, która od 1892 do 1973 roku istniała na tym świecie, jako obywatel, rodzic, przyjaciel, a przede wszystkim pisarz. Nie muszę chyba przedstawiać go dokładniej, ponieważ (mam taką szczerą nadzieję) wszyscy poznali go w jakimś nieokreślonym bliżej stopniu. Czy to z filmów, czy książek, czy tłumaczeń. Chciałabym jednak dla ciekawostki dodać, że znał on ponad 30 języków (w dużym stopniu), wymarłych, tj. łacina, hebrajski, nordycki i wiele innych. Podobno uczył się także języka polskiego, jednak uznał go za język bardzo trudny i nie potrafił się nim dobrze posługiwać.
 
  Skarb, nie człowiek.

  W moim egzemplarzu dzieła wielkiego pisarza, znajduje się Przedmowa, która, napisana przez samego Tolkiena, wyjaśnia jak to się stało, że stworzył to dzieło, że powstawało przez wiele lat i to za sprawą namowy znajomych, ujrzało światło dzienne. W Prologu wyjaśnione są najważniejsze hobbitowe wydarzenia, ich tradycje oraz uzależnienia, np. ziele fajkowe. Można przeczytać również o ich początkach, wojnach oraz roszczeniach sobie praw do danych ziem. Dzięki temu Prologowi można zrozumieć sens ich postępowania (acz nie do końca), długowieczność oraz miłość do pracy na roli.

  Bardzo długo zastanawiałam się czy pisać o czym jest fabuła. Ostatnimi czasy każdy kto sięga po tę książkę pisze jedynie, że jest taka czy taka. Ponieważ tak dobrze jest znana, że kolejne opisywanie jej treści jest czasami bezcelowe. Stwierdziłam, że i ja również nie będę tego robić. Nie dlatego, że to byłoby dla mnie nudne czy męczące, jednak dlatego, że nie potrafiłabym tak wiernie przedstawić wszystkiego, jak podaje to książka. Znając mnie napisałabym za dużo dla czytelnika, który po książkę nie sięgnął lub pominęła jakiś istotny fakt, dla osoby, która już czytała tę pozycję.

  Ze swojej strony mogę napisać, że nie tego spodziewałam się, co zastałam. Sądziłam, że książka będzie równie krwawa, niebezpieczna, co film. Bez tchu opisywane będą kolejne przygody, w które wkradałyby się elementy czysto 'plastikowe', bo nigdy nie mogłyby zaistnieć w realnym świecie. Sądziłam, że książka będzie biernie opływała najważniejsze emocje i zachowania, pozostawiając resztę rozszalałej wyobraźni, przez co mogłaby być interpretowana źle. Sądziłam, że spotkam się z zawiścią i wszechobecnym złem, pragnieniem dominowania na wszystkim i nad wszystkimi, aby być wszechpotężnym, niezastąpionym i nieśmiertelnym.

  Otrzymałam coś, co wbiło mnie w kanapę, połączyło nierozerwalnie z fantastyką, a znikome prześwity zakleiło gadem, aby świat otaczający mnie przestał istnieć. Otrzymałam najpiękniejszą bajkę-opowieść-historię-balladę, o jakiej kiedykolwiek marzyłam. Otrzymałam lekkość, barwność i piękno, które nawet najlepszy film z najefektowniejszymi wizualizacjami nie potrafiłby mi przedstawić. Moja wyobraźnia zaakceptowała wszystko, co wyszło spod pióra Tolkiena i dziękuję mu, obiecując, że nigdy nie zostanie zapomniany, tak długo jak długo żyć będą ludzie czytający.

  Podczas czytania wyłapałam wiele niezgodności z filmem, czym mordowałam swoich znajomych, za każdym razem gdy ich widziałam. Przecież musieli wiedzieć, że to nie Arwena pomogła Frodowi przedostać się przez rzekę i to nie ona jej fale wzburzyła. Musieli wiedzieć, że to nie Frodo rozstrzygnął zagadkę pod drzwiami wejściowymi do Morii. No i oczywiście nie mogłam pominąć również w swoich relacjach informacji o Gollumie. A oni akceptowali to z lekkim uśmiechem pobłażliwości i paranoi, podczas gdy ja byłam rozanielona. Ale oni pozostaną w cieniu, nieoświeceni, nie przeczytawszy Tolkiena.

  Nie wiem czy potrafię w równym stopniu tak dobrze pisać, co odczuwać słowa książki. Jestem zafascynowana i oczarowana. Tolkien uratował mą duszę przed zgubnym wpływem Charlaine Harris, za co będę mu dozgonnie wdzięczna. I choć we wstępie wspominał, że książkę ukończyć mu było niezwykle ciężko i pisana była przez bardzo długi okres czasu, ja nie odczułam zmian w stylu autora. Pozostał on dla mnie od pierwszej strony do ostatniej jednostajnie przyjemny. Posuwając się ruchem przyśpieszonym, dodawał elementy niebezpieczeństwa, które czyhały ze strony nieprzyjaciela, umiarkowanie dozując grozę i wiedzę.

  I choć wydawać się może, że oddaję swe serce wielu pisarzom, jak pisałam zarówno przy Zafónie jak i Kingu, to prawda jest taka, że moje serce jest wystarczająco przestrzenne, aby pomieścić ich wszystkich, bez możliwości jakichkolwiek niesnasek. Każdy z tych autorów ma w sobie coś, co wyróżnia i cechuje ich osobowości, pośród tak wielkiego chłamu i brudu, jaki czasem udaje nam się wydobyć. Wspominam tutaj o chłamie i rynsztoku nie przypadkiem, gdyż Tolkien powinien unosić się nad nimi na złotej niteczce przywiązany, wprost dla rąk czytelnika.

  Rozpisałam się tak, a nawet nie streszczałam fabuły książki. Jedynym usprawiedliwieniem jakie znajduję dla siebie to odczuwanie. Mogłabym pisać i pisać, jednak najważniejszym, co chcę przekazać, jest zachwyt. Mam nadzieję, że ktoś, kto jeszcze nie czytał "Bractwa Pierścienia" tudzież "Drużyny Pierścienia" (bo to jedno i to samo), przeczyta z przyjemnością.

FRAGMENTY
  Postanowiłam dzisiaj, niestandardowo, miast przepisywać fragmenty, zrobić im zdjęcia, gdyż litery stawiane przez moje palce nigdy nie oddają świetności, bystrości oraz nastroju, słów stworzonych przez J.R.R. Tolkiena.

  Pierwsze zdjęcie uwiecznia wstęp do trylogii o Pierścieniach. Stworzony przez Tolkiena, nieszablonowy, bo wprost z jego głowy przelany na papier.


  Następnie, dość zawiła przemowa Bilba, która zdobyła moje serce przy pierwszym obejrzeniu filmu, a która nie odbiega prawidłowością od tej w książce.


  Zaraz za tym chciałabym przedstawić piosnkę, zaledwie jedną, wybraną spośród tak wielu z tej książki. Rozpoczyna ona wędrówkę Bilba, ostatnią już w jego życiu.


  Po rymach przychodzi czas na coś mroczniejszego. Język Mordoru, obecny przy każdym oddechu Froda, podążającym w cieniu jego cienia. Bez wytchnienia i zmrużenia oka, nieodstępujący go na krok.



  Frodo, zmuszony wyruszyć w wyprawę, mając już pięćdziesiąt wiosen za sobą. Nostalgiczny i niechętny, gdyż wyprawa ta, od samego początku wydaje się niebezpieczna. Jednak żaden hobbit, choćby nie wiem o jak wybujałej fantazji, nie jest w stanie wyobrazić sobie ogromu tego niebezpieczeństwa.


    I elfickie mądrości. Powiada się: "Nie pytaj elfa o radę, albowiem usłyszysz odpowiedź i tak, i nie".


  Jednak nie tylko elfy w tej książce są stworzeniami, których zachowania trudno pojąć. Przecież krasnoludy także walczą o naszą uwagę... niemal każdą stroną tej powieści...


  I być może nie ma tu niczego wartościowego, niczego na czym oko mogłoby spocząć dłużej niż sekundę... jednak wyobraźnia przywołuje ten obraz przed moje oczy, nie pozwalając mu odejść. Czy jest więc to czymś zwykłym czy niepodobnym do niczego innego? Przecież tak trudno stwierdzić jednoznacznie o wyjątkowości przedmiotu, gdy tyle różnych osobowości ocenia.


  Co ofiaruję na koniec? Przemijanie i uczucie.




  Czasami dochodzę do wniosku, że mój aparat jest kobietą... Czy kiedyś go zrozumiem? O_o.


Książka bierze udział w następujących wyzwaniach:


piątek, 6 lutego 2015

Martwy w rodzinie


tytuł:                          Martwy w rodzinie
autor:                         Charlaine Harris
przeczytana:               4 luty 2015
tytuł oryginału:           "Dead in the Family"
data wydania: pierw.:  2010
                      polsk.:  2012
wydawnictwo:            MAG
tłumaczenie:               Ewa Wojtczak
liczba stron:               432
ISBN:                        978-83-7480-254-3
kategoria:                   lit. młodz., pranormal romance, fantastyka
moja ocena:               3/10
seria:                         Sookie Stackhouse tom 10


  "Zwłoki wampira łuszczyły się i rozpadały, lecz proces ten przebiegał znacznie wolniej niż w przypadku jego starego stwórcy. Teraz kiedy spotkał ostateczną śmierć, jego kości porzucone do grobu, w Rosji także zapewne znikną. Wampir pchnął wcześniej zwłoki wróża Colmana na żwirowy podjazd, gdzie zaczęły się obracać w proch w sposób typowy dla ciał nieżyjących wróżek. Ten rozpad był zupełnie inny, niż to się działo w przypadku ostatecznie martwych wampirów, lecz efekt można by nazwać równie dogodnym. Czyli że, oczywiście, nie będę miała trzech trupów do ukrycia. Tak bardzo zmęczyłam się całym tym koszmarnym dniem, że ta myśl uszczęśliwiła mnie jak żadna inna w minionych godzinach."


OPIS
  Sookie Stackhouse doznała w Wojnie z Wróżkami obrażeń zarówno na ciele, jak i na duszy. Odczuwa też straszny gniew, chociaż w powrocie do zdrowia pomaga jej nie tylko fizykoterapeuta JB, lecz także krew Erica i jego miłość.

  Niestety to nie koniec kłopotów zakochanych, Ericowi bowiem zagraża wysłannik nowego króla, a w Bon Temps pojawia się jego stwórca. W dodatku, sytuacja polityczna po Wielkim Objawieniu wilkołaków i zmiennokształtnych nie jest stabilna - Kongres rozważa projekt ustawy, która każe się zmiennokształtnym rejestrować niczym emigrantom lub... wampirom.

  Sookie jest przyjaciółką shreveporckiego stada, zgadza się więc udostępnić swój las na comiesięczne polowanie podczas pełni. Po tej wizycie w jej lesie pojawia się grób, a w nim czyjeś zwłoki. Wokół domu Sookie krążą też wróżki, prawdopodobnie niezbyt przyjaźnie do niej nastawione...

MOJA OPINIA
  Charlaine Harris licząca sobie obecnie 63 lata, mieszkająca w Tunice w stanie Missisipi, jest uznawana za bestsellerową pisarkę publikującą swoje dzieła niemalże od 30 lat. Miała przygody z poezją, ale również tworzyła sztuki teatralne, jednak ostatecznie zdecydowała się na powieści.

  Do najgłośniejszych jej publikacji należy właśnie cykl The Southern Vampire Mysteries opowiadający o Sookie Stackhouse - kelnerce-telepatce z Luizjany, na podstawie którego HBO nakręciło serial Czysta Krew (True Blood).

  Martwy w rodzinie  to tom dziesiąty wyżej wymienionej serii, wydany w Polsce po raz pierwszy w 2012 roku. Seria liczy sobie aż 13 tomów + opowiadania ze świata Stookie. Istnieje jeszcze jeden tom After Dead: What Came Next in the World of Sookie Stackhouse (październik 2013), który w Polsce nadal nie został przetłumaczony.

  Oczywiście, jak wielu autorów, również i Charlaine Harris posiada profil na fb:
https://www.facebook.com/CharlaineHarris?fref=ts

  Cyklu Sookie Stackhouse opisałam już:
tom 3. "Klub Martwych"

  Charlaine Harris tworzy literaturę dla młodzieży. Yong Adult, jak zwykło się mawiać. Mam takie dziwne wrażenie jednak, że nie pisze ona swych powieści, przelewając na papier całej siebie. Nie wkłada w pisanie swego serca i umysłu, nie czuje emocji targających głównymi bohaterami, nie śni o nich w przypływie weny. Podaje jak na tacy nam ochłapy tego, co mogłoby zaistnieć, gdyby po prostu uwierzyła w to, co pisze. Mam wrażenie, że każde jej słowo pisane jest aby zdobyć kolejny dolar, bez uwzględnienia jak wartościowe będzie, czy też jakie będzie niosło przesłanie.

  W dziesiątym tomie o Sookie Stackhouse, telepatce, nie odnalazłam niczego, co byłoby wartościowsze aniżeli części poprzednie. Banalny język, wydarzenia godne przewidzenia, błędy składniowe, tępe dialogi i wyblakłe postacie. Miast YA winno się mawiać Literature for idiot, who are not adult jet. Tak jest bynajmniej w przypadku Martwy w rodzinie.

  Sookie Stackhouse obiecuje niemalże każdemu pomoc, bo ma złote serce. Jednak gdy chodzi o sprawy jej chłopaka, Erica - wampira, nie zawahałaby się zabić, aby mieć święty spokój. Jaka jest więc ona w istocie? Jedynie autorka mogłaby nam to powiedzieć (jednak Boże, proszę, niech ona już nic nie pisze). W książce dzieje się tak wiele, że właściwie nie pamiętam już dokładnie o czym była. Wleciała i wyleciała mi z myśli, niczym słówka do zapamiętania.

  Czytając Martwy w rodzinie dowiedzieć się można wiele o tym, jak to Eric stał się wampirem, jak Bill się nim stał. Nie mogę pominąć również faktu o tym, że gdziekolwiek Sookie się nie znajdzie, tam kłopoty. A więc, świadcząc swoje usługi dla wilkołaczego stada, wciela się w rolę szamana i doprowadza do wyroku śmierci dwie osoby. Przyjmuje w gości stworzyciela Erica i jego nowy nabytek, gdzie chcąc pomóc młodemu wampirowi wspomaga go w szaleńczym zabijaniu ludzi. Zgadza się aby zamieszkał u niej kuzyn, wróż, szalenie przystojny i pociągający Claude, czym wyzwoliła zazdrość Erica. Pozwalając aby wilkołaki polowały u niej w lesie, wystawia się na niebezpieczeństwo odnalezienia zwłok sprzed kilku lat. I do tego oczywiście interesuje się nią FBI. Nie wspomnę już o ranach 'na ciele i umyśle' spowodowanych torturami.

  Cały ten galimatias tworzy tom, którego można nienawidzić. Osobiście kręciłam nosem przy każdej stronie i śmiem twierdzić, że nie polecam jej nikomu. Dobrnęłam już do tomu 10, choć wiedziałam, że nie będzie dobrze, skoro wcześniej nie było. Autorka nie rozwija swego kunsztu pisarskiego. Jej warsztat jest stęchły i opajęczony. Postacie, które powinny odróżniać się od siebie diametralnie, zlewają się w jedno, tworząc kogel mogel. Kolejne rozdziały zaprzeczają wcześniejszym, gubią się wartości i sens całej książki.

  Innymi słowy: totalna masakra, odmóżdżenie 100%. Już czuję się głupsza. W razie jakiś błędów w tekście, to wszystko wina książki. Więdnę po niej. Dobrze, że przede mną Tolkien, inaczej byłoby marnie...


Książka bierze udział w następujących wyzwaniach:



niedziela, 1 lutego 2015

Czarownica. Prawdziwa historia Diaboliny


 tytuł:                          Czarownica.
                          Prawdziwa historia Diaboliny
autor:                          Elizabeth Rudnick
przeczytana:               31 stycznia 2015
tytuł oryginału:            "Maleficent"
data wydania: pierw.:  2014
                      polsk.:  2014
wydawnictwo:            Dream Books
tłumaczenie:               Jakub Polkowski
liczba stron:               272
ISBN:                        978-83-64460-11-1
kategoria:                  fantastyka, baśnie, bajki
moja ocena:               8/10
seria:                         -

  "- Ale mówiłeś, że moi rodzice wierzyli, że istnieją także dobrzy ludzie. I moglibyśmy mieć z nimi kiedyś przyjacielskie relacje.
  - Tak mówiłem - zgodził się Rudzik - lecz sama wiesz, jak słono zapłacili za swoje przekonania. - Wypowiedział te słowa łagodnie, lecz z naciskiem. Czasami zapominał, jak młoda i niewinna była jeszcze Diabolina. - Ludzie próbowali ukraść nasze skarby, ograbić nasze ziemie. Przynieśli nawet broń zrobioną z żelaza, a ono przecież parzy nas niczym ogień.
  - Rudziku, ale ludzie też są częścią natury! - Diabolina nie ustępowała. Najwyraźniej sporo o tym myślała. - Wiem, że niektórzy są straszni. Potworni. Ale zdarza się także spotkać wredne wróżki i podstępne zwierzęta, tak samo jak i mnóstwo miłych. Wszyscy ludzie nie mogą być przecież źli."

OPIS
  Czarownica
  Nie wierz w bajki,
                        poznaj prawdę...

  W samym środku owianych tajemnicą i osłoniętych Ciernistym Murem Wrzosowisk na tronie siedzi mroczna wróżka - Diabolina. W pobliskim lesie, w niepozornej chatce żyje zaś przepiękna królewna Aurora, nad którą ciąży straszliwa klątwa - w dniu szesnastych urodzin ukłuje się w palec wrzecionem i zapadnie w wieczny sen. Te dwie kobiety łączy magiczna więź, przeznaczenie, przed którymi nie sposób uciec.

  Czy prawdziwa miłość naprawdę istnieje? A przyjaźń, dobro, lojalność? Czy król na pewno jest dobry, a czarownica zła? Jeśli chcecie poznać odpowiedzi na te pytania, zanurzcie się w magiczną opowieść zapisaną na kartach tej książki... Oto historia, która Was poruszy i zachwyci, opowiedziana jak jeszcze nigdy dotąd.

MOJA OPINIA
  Elizabeth Rudnik nie była mi znana nim sięgnęłam po jej adaptację z filmu "Maleficent". Była bezbarwna i niewidoczna jak wielu autorów w dzisiejszych czasach. Pozostawiając ją w cieniu, zapomnianą, i nie sięgając po jej dzieło "Czarownica. Prawdziwa historia Diaboliny" byłabym uboższa o tę historię. I nie mogłabym sobie tego podarować. Jednak szczęśliwy los sprawił, że coś mnie podkusiło do obejrzenia filmu "Maleficent". Sądzę jednak, że to diabeł podsunął mi książkę.

  Wielu z nas, będąc jeszcze małymi szkrabami, z ząbkami lub bez, słyszało wyjątkową historię o pięknej królewnie Aurorze i złej czarownicy, która w przypływie gniewu rzuciła klątwę na bogu ducha winną księżniczkę, skazując ją na wieczny sen. Czy jednak ta utarta historia, baśń, przekazywana z pokolenia na pokolenie nie została przypadkiem modyfikowana, na potrzeby ludu? O tym dowiedzieć się można (bądź tylko sobie przypomnieć) jak to w rzeczywistości było, czytając o Diabolinie.

  Wrzosowiska, piękne, magiczne, spokojne i harmonijne. Istny raj. Jednak nie każdemu dane jest ten eden oglądać i wraz z nim egzystować. Wrzosowiska należą bowiem do istot magicznych i skrywają w sobie nie tylko magię ale również czystą wodę i bogactwa, o których wielu nigdy nie śniło. Te oto, z pozoru atuty, stały się utrapieniem tamtejszych mieszkańców, wciąż zmuszonych do walki o obronę domostw. Ludzie bowiem zapragnęli tego, co Wrzosowiska posiadały. Bali się również istot tam mieszkających, ze względu na magię i czary, którymi potrafili władać. W takich właśnie walkach zginęli rodzice Diaboliny, wierząc, że nie wszyscy ludzie są źli. Wierzyli, że może zapanować pomiędzy nimi pokój, jeśli tylko umiejętnie przeprowadzi się z nimi rozmowę.

  Osierocona Diabolina dorastała pod opieką mieszkańców Wrzosowiska, swawolna i beztroska, bez obawy o zło czyhające ze strony ludzi. Z natury była dobra i naiwna. Te cechy pozwoliły jej poznać człowieka. Mężczyzna, o imieniu Stefan skradł jej serce, okradł Wrzosowiska i pozwolił jej uwierzyć w Miłość. Będąc służącym marzył o mieszkaniu w zamku a może nawet staniu się władcą. Gdy przyszła ku temu okazja zamordował chorego króla, wziął za żonę jego córkę, Leilę. Jednak nie były to najgorsze zbrodnie na jego sumieniu. Ukradł Diabolinie skrzydła. Odciął je od jej ciała za pomocą żelaza, łamiąc jej serce, krzywdząc ciało i przemieniając w złą czarownicę.

  Tak, Diabolina rzuciła klątwę na małą Aurorę, w gniewie i żalu, który przepełniał jej serce. Chciała tym doprowadzić Stefana do szaleństwa, by cierpiał równie mocno jak ona przez całe 16 lat, w którym to dniu jego słodka córka ukłuje się wrzecionem i zapadnie w sen wieczny. Klątwa mogła być jednak przerwana Pocałunkiem Prawdziwej Miłości...

  Piękna i wzruszająca baśń, która pochłonęła mnie na kilka godzin, nie pozwalając wyplątać się z jej wici. Przepełniona lekkością i wrażliwością, uczuciami, a przede wszystkim miłością. Jak to zwykle w bajkach bywa, to dobro zwycięża, zło ponosi porażkę, a punkt kulminacyjny wywołuje sprzeczne emocje. Jednak przede wszystkim jest to bajka. Osoby dorosłe nie znajdą w niej ukojenia czy głębi, ponieważ wszystko jest napisane niezwykle prostym językiem i dokładnie wytłumaczone. Nie trzeba tu domyślać się sprawcy, nie obgryza się paznokci w napięciu, nie szuka się ukrytych symboli. Trzeba tu przede wszystkim zauważyć miłość i to jak wpływa na człowieka. Jest wszechobecna i mocna, jednak tylko ta prawdziwa.

  Mogę dodać jeszcze tyle, że książka nie jest obciążona niepotrzebnym balastem w postaci serii pytań retorycznych, wyrzucaniu sobie przeszłości, szczegółowego opisu postaci i bezsensownych dialogów. Postacie opisane są w sposób pozwalający dowiedzieć się ich statusu oraz wieku. Emocje opisywane są prawdziwe, a nie wyssane z palca. Cała historia, choć prosta, trzyma się w swoich ryzach, nie ma dygresji, wątków, które byłyby wprowadzone a później zapomniane. Książka jest harmonią i pięknem. To moje skromne zdanie.


Książka bierze udział w następujących wyzwaniach: